WYPRAWA 406

Hel - Trondenes (Harstad)

Zaczynamy przewidzianą na tydzień wyprawę do północnej Norwegii, w celu przeprowadzenia dokumentacji baterii 406 mm, która tam sie znajduje. Wyprawa zorganizowana przez MOW liczy 6 uczestników, jedziemy wynajetym mikrobusem, w jedną stronę to 3 200 km. Relacje nadsyłane w miarę możliwości na bieżąco, będziecie Państwo mogli przeczytać poniżej.

Władysław Valle Szarski


Dzień pierwszy, niedziela, 16 maja 2010r.

(Licznik auta 74860 km)
Ruszamy 16:20 spod castoramy w Rumii. Samochód brudny - zwłaszcza w środku, ale zależało nam na czasie i prosiliśmy firmę o dostarczenie bez mycia. Ruszamy nieco później niż w planach - jest obawa, że nie zdążymy na zaplanowany prom. Jedziemy - Zbyszek kieruje jako pierwszy i oswaja sie z dieslem dużego busa. Niby ten Nissan duży, ale nasze bagaże ledwie sie w nim zmieściły. W okolicy Sławna zatrzymujemy sie zwabieni widokiem potężnej kolekcji pojazdów wojskowych, armat i innego sprzętu. Oglądamy m.in. potężna, rozbitą wieżę pancerną niewiadomego pochodzenia. Siadam za kierownice i dusząc gaz lecimy aż do Kołbaskowa. Powoli zapada noc. Przekraczamy granice byłego NRD - nie ma już tego państwa i granicy niemal też nie widać. Po strasznej drodze z betonowych płyt z czasów Alberta Speera, wpadamy w końcu na niemiecką autostradę - gładka i wyprofilowana. Jadę 145-155 na godzinę i wcale się tego nie czuje. Jest północ. Jeszcze 180 km do promu.. Dobranoc!

Licznik 75 457

Dzień 2 -poniedziałek, kilka minut po północy.

Po kawie w "przyautostradowym" barze (ogromne i lśniące toalety!) ruszamy dalej, ja już jako pasażer. Jeszcze 160 km do promu. Bocznymi drogami omijamy Lubekę i ruszamy w końcu na północ, do promu. Natykamy sie na płatny tunel pod jakimś kanałem - na szczęście zaledwie 1:30 euro. Prom w Puttgarden osiągamy , dzięki wcześniejszej, wyścigowej jeździe autostrada, juz o godz. 2:36 - nasz licznik pokazuje 75627 km.
Rejs króciutki - ok. pół godziny. Na morzu zimny wiatr i istna feeria świateł nawigacyjnych, a na horyzoncie już wstający dzień 8:30 jesteśmy już w Beredeskaps Museet (75926km ) witani serdecznie przez Johana Andree - dyrektora. Zwiedzamy wspaniałe muzeum, tak niepozorne z zewnątrz, a tak wspaniałe i pełne niezwykłych eksponatów. Niech się pod względem zasobów schowają wszelkie nasze muzea.... Różnorodność eksponatów i ilość wystaw po prostu szokują. Zapoznajemy sie niezwykle szczegółowo z działaniem armaty Boforsa identycznej, jak na bat. Laskowskiego. O godz. 13:15 po niekończących się serdecznych pożegnaniach ruszamy do Oslo. Cała pozamiejska Szwecja świeci dwoma kolorami domków: kremowy i mahoniowo - brązowy. Pogoda coraz lepsza, jest cieplej, świeci słoneczko. Aż trudno uwierzyć, że tam na północy może być zimno i śnieg...

19:42 w końcu Norwegia! Celnik wypytuje nas o cel podroży i życzy powodzenia.
76 463 km hostel Oslo... i spać ....

Dzień 3 - wtorek

Po "turystycznym" śniadaniu zjedzonym naprędce w pokoju, ruszamy autem na zwiedzanie muzeów. Moja nawigacja - "Aria" (zdrobnienie od Ariadna) prowadzi nas bezbłędnie do Martime Museum. Uprzedzeni o naszej wizycie przyjmują nas serdecznie. Oglądamy film o pięknie nadmorskiej Norwegii wyświetlany na pięciu ekranach tworzących panoramę. Pracownik muzeum zapoznaje nas z jego historią. Dawno temu, prywatne stowarzyszenie kupiło najwspanialszy teren w Oslo - wielką łąkę na półwyspie naprzeciw portu. Zaczęto tam budować zwiedzane przez nas Muzeum Morskie. Jednak, po pewnym czasie właściciele rozparcelowali teren i sprzedali go na działki z przeznaczeniem na inne muzea. W efekcie, w jednym miejscu powstało pięc konkurujących ze sobą muzeów, nie mogących się do dziś dogadać co do współpracy, nawet do wspólnych biletów. Oglądamy sale historii norweskiej marynarki handlowej i historię naftowych prac wiertniczych. Zupełnie rewelacyjne są wnętrza pomieszczeń rożnych statków odtworzone z niezwykłą pieczołowitością. Wchodzimy od położonego tuż obok muzeum polarnego statku badawczego Fram. Po przedstawieniu, skąd jesteśmy sprzedają nam bilety ze specjalną zniżką. Ogromny żaglowiec schowany w wielkiej hali zwiedzamy z wielkim zainteresowaniem, jako muzealnicy - lecz także żeglarze. Obok hali, na świeżym powietrzu stoi drugi słynny żaglowiec Amundsena - Goya, ale wejść na niego nie można - trwają prace.
Ruszamy do muzeum-twierdzy Akershus. Nasza nawigacja zawodzi fatalnie - błądzimy kilkukrotnie w labiryncie tuneli wyrabianych w skale pod Oslo. Nagle orientuję się, że Aria już dwukrotnie "doprowadziła nas na miejsce" - ale POD ZIEMIĄ!!! Mokry z nerwów pilotuję sam na czucie i w końcu trafiamy. Przyjmują nas jak kolegów - muzealników. Tutejsza ekspozycja podsuwa nam całą masę ciekawych rozwiązań wystawienniczych - niektóre nawet nie wymagające znacznych funduszy. Po obejrzeniu bardzo bogatych zbiorów militarnych ruszamy serdecznie żegnani drogą na północ. Czeka nas ponad 1 400 km, ale jest nas sześciu i zawsze jest ktoś wypoczęty za kierownicą.
Mija godzina 22 - jest kompletnie jasno i dalej słońce oświetla chmury nad nami. Robi się chłodno - wyciągam sweter z bagaży. Niemal nagle znikają lasy i pojawia się niska roślinność - tundra. Na wzgórzach dookoła - czapki śniegu. Juz 23-cia, zmrok, ale widać jeszcze nieźle. Do Trondheim mamy jeszcze 100 km, na liczniku 76904 km.


Dzień 4 - środa

O północy stajemy dla zmiany kierowcy pod zamkniętą restauracją "Santa Maria". Ok. 1:20 zostawiamy za sobą Trondheim, jeszcze tylko 920 Km. Zjeżdżamy z gór, kończy się śnieg i tundra. Gdyby nie chmury, byłoby CAŁKIEM jasno, a tak to tylko stały, szary przedświt. Droga kręta, chwilami dziurawa, ciągle ograniczenia prędkości. Wydaje nam się, że wcale nie posuwamy się do przodu. Widoki piękne - w dole rwąca, kręta rzeka, na około skały i wodospady.
W końcu o 11-tej dojeżdżamy do koła polarnego. Na liczniku 77618 km. Na około płaska tundra i śnieg. Robimy zdjęcia pamiątkowe, brzmi hymn Helu. Odczytuję wierszyk okolicznościowy, nadesłany właśnie z Polski, od mojego serdecznego kolegi:
"""
Sex juz przebrzmiał
Lecą lata
Ważna teraz jest armata
Ona teraz mnie zachwyca -jak kiedyś dziewica
""
Ruszamy dalej, na prom, który ma nas dowieźć do Harstad. Zjeżdżamy z przełęczy i otoczenie zmienia się radykalnie - śnieg i tundra znikają bez śladu, wraca piękny wiosenny las, nad spokojnym, cichym fiordem. Wszędzie wspaniałe góry i oszałamiające widoki połączone niezliczonymi, wykutymi w skale tunelami. Dojeżdżamy do promu, który przewiezie nas na największą wyspę Norwegii - Hinnoya. W HARSTAD oczekuje już na nas Martin Vahl, reprezentujący baterię w Trondenes. Rozlokowujemy sie w pensjonacie o godz. 20-tej. Nasz licznik osiągnął 77959 km.

Dzień 5 - czwartek

Zaraz po północy wyszedłem przed nasz dom – wyglądało to jak normalny, jasny dzień bez słońca. Martin Vahl miał wątpliwości – czy będziemy mogli spać w świetle „dnia polarnego” – ale byliśmy tak zmęczeni, że wszyscy padli i zasnęli jak kamienie.
Rano zaliczamy przygody z prysznicem – żeby była ciepła woda trzeba wrzucić żeton z kubeczka, który jest wewnątrz otwartego licznika. Wyjmujesz żeton, wstawiasz kubeczek, wrzucasz żeton – który wpada do kubeczka – i już! Ponadto - woda nie leci – jeśli się nie uruchomi pompy ściekowej - tzn. czasem leci i bez tego, ale wtedy na podłogę…
Jemy śniadanko i pilotowani przez Martina wjeżdżamy na teren jednostki wojskowej, na którym jest ulokowana bateria 406 mm Trondenes. Pada, leje, mgła. Nasi filmowcy załamani kombinują coś pod parasolami, woda kapie na aparaty, na obiektywy, na kable i za koszulę. Zapaleńcy głaszczą monstrualna lufę – robimy setki kiepskich, mokrych zdjęć. Nastroje powoli się uspokajają – zaczynamy od zwiedzania podziemnej części stanowiska. Przy okazji przypadkiem wyjaśnia się – że pocisk, który dostaliśmy od Norwegów to nie jest ten 600 kg – ale 1020 kg – ten największy! – Oni źle wpisali w dokumenty, a u nas nikt nie wziął centymetra i nie pomierzył… No ale dzięki temu cieszymy się drugi raz!
Idziemy do wnętrza wieży działa, rozpoznajemy urządzenia znane tylko ze zdjęć i opisów – gospodarze obracają dla nas wieżę i podnoszą lufę – wrażenia niesamowite. Zaczyna się sesja foto-filmowa, gospodarze poza Martinem powoli znikają -  wcześniej zapraszają nas na wieczorne przyjęcie do restauracji prowadzonej przez syna Martina.
Rozłazimy się jak mrówki po stanowisku armaty, rozkładamy kable, akumulatory i aparaty –  zaczyna się szaleństwo dokumentowania ogromnego obiektu. Przy okazji wyjaśnień „co-do-czego”, rozszyfrowujemy działanie jednego z elementów wieży, o którym Norwegowie jakoś tak do końca nie wiedzieli… Tuż przed zakończeniem naszych prac wychodzi słońce – wszyscy rzucają szaleńczo do powtarzania deszczowych ujęć.
O szesnastej zwalniamy Martina do domu i wracamy do pensjonatu kopiować nagrania i ładować baterie.

Dzień 6 - piątek

Dziś powtarzamy zdjęcia na baterii Trondenes. Najpierw odwiedziliśmy stanowisko nr 1 – niedostępne dla zwiedzających. Armata z daleka wygląda nieźle – bo pomalowana. Wewnątrz stanowiska już wygląda to dużo gorzej. Wchodzimy do wnętrza stanowiska i nasi gospodarze przedstawiają nam różne narzędzia do wyboru – czujemy się jak nieśmiałe dzieci w sklepie z zabawkami – wybieramy ile się da zmieścić w samochodzie. Potem po drabinkach do wnętrza wieży. Wnętrze w dużej mierze opróżnione z wyposażenia. Zadziwia nas wyłącznie ręczne ładowanie działa. Okazuje się, że z czterech dział, mechaniczny popychacz ma tylko działo nr 1. Robimy masę zdjęć pokazujących różnice pomiędzy armatami. Jedziemy znów na stanowisko nr 1 i nasi gospodarze znów uruchamiają dla nas obracanie wieży i podnoszenie lufy. Znów szaleją filmowcy i fotografowie. Chodzę po stanowisku i gromadzę w pamięci aparatu ciekawostki, rysuję plany bunkra i układ transportu wewnętrznego ciężkich elementów. Około 15-tej nieźle umęczeni kończymy wszystkie zdjęcia zapisy i rejestracje. Serdecznie dziękujemy naszym gospodarzom – a właściwie już tylko Martinowi – bo reszta pożegnała się już wcześniej. Wracamy do naszego hoteliku odprężeni nerwowo – już wszystko dokonane, nic się zmienić nie da..

Odpoczywamy, świętujemy, nieco śpiewamy. Jutro wcześnie start. Już by się chciało być w domu – bliżej swoich najbliższych…

Dzień 7 - sobota

Licznik 78 004 ruszamy 8:10 Harstad żegna nas deszczykiem i słońcem przedzierającym się przez chmury. piękna mewa siedzi bez strachu na środku drogi.
W Narwiku pytamy przechodnia, gdzie jest pomnik polskiego marynarza z ORP Grom - kieruje nas bezbłędnie. Niedaleko brzegu fiordu stoi w dynamicznej pozie marynarz z brązu ładujący działo. Składamy biało - czerwoną wiązankę kwiatów, robimy masę zdjęć pomnika. Ja po raz pierwszy zapominam o potrzebach niniejszej relacji i nie robię zdjęcia komórką - musiałem więc teraz sfotografować ekran aparatu.....
Spod pomnika jedziemy do sąsiedniego Hakvik, gdzie na cmentarzu wojennym odnajdujemy dużą kwaterę poległych Polaków. Ruszamy w kierunku szwedzkiej granicy przez niesamowite góry, pełne potężnych - jakby połamanych głazów. Istna robota trolli! Jedziemy przełęczą wśród śniegów, ale prędko zjeżdżamy w dół i juz granica szwedzka, znowu bez żadnej kontroli. Jedziemy wspaniałą drogą wijącą się łagodnie między górami i jeziorami. 9-krotnie spotykamy stadka reniferów stojące spokojnie na środku drogi lub pasące się przy drodze - schemat jest z początku jednakowy -nasi fotografowie rzucają się do robienia zdjęć, a one wtedy odbiegają w krzaki. Po kilku spotkaniach już tylko hamujemy... Mijamy Kirunę - wielkie centrum wydobycia rudy żelaza. Jedzie się świetnie - droga równa, widoczna z daleka i żadnych skrzyżowań - wokół zupełne odludzie. Piszę na kolanie piosenkę naszej wyprawy i zaraz następuje jej prawykonanie w pędzącym aucie. W końcu mijamy szwedzki krąg polarny- kompletna żenada! Przy drodze stoi marna, drewniana restauracja, wszędzie pełno śmieci, jakiś rozwalony plot, wyblakle tablice informacyjne - no i na około piękny, zielony las i ani grama śniegu...
Jedziemy szwedzką "autostradą dla ubogich" - ma w sumie 3 pasy, dwa w jedną stronę i jeden w drugą. Co pewien czas następuje zamiana - tu z dwu pasów robi sie jeden, a w przeciwną stronę jeden pas rozdwaja sie na dwa.
Jedziemy.. Jedziemy... A Wy śpijcie słodko *******

 

Przyjechała silna grupa obejrzeć  armatę
Samochód wypchali, żarcie spakowali
Przez granice i przez morze dziarsko pomykali
Trzy noce nie spali, by jechać wciąż. 

Ref.:
Armato nasza, armato jak ty pozwoliłaś na to?
Armato nasza armato, ty do Helu jedź! 


Przejechali autostrady, tunele i morze
W tej nadziei cichej - że Norweg pomoże
I najchętniej by armatę  spod bieguna wzięli.
W bagażnik zamknęli - bo śliczna jest! 

Ref.:
Armato nasza, armato jak ty pozwoliłaś na to?
Armato nasza armato, ty do Helu jedź! 

Tam w Trondenes fotografie i filmy robili
Wszystkie swoje karty zdjęciami nabili,
Potem jeszcze kupę złomu zabrali do domu
Co ją dobry Norweg w prezencie dał.

Ref.:
Armato nasza, armato jak ty pozwoliłaś na to?
Armato nasza armato, ty do Helu jedź! 

Teraz tylko po powrocie film potrzeba zrobić,
Eksponaty czyścić, salę  przysposobić
I powstanie z tego zaraz piękna ekspozycja
Takie plany nasza grupa ma!

Dzień 8 - niedziela

Wracamy w poczuciu dobrze wykonanej pracy, włożyliśmy w to wszystkie swoje siły, umiejętności i starania. Teraz już tylko powrót i pełne odprężenie...
Całą noc mkniemy na południe niewidocznym niestety wybrzeżem Bałtyku, które choć jest tuż - tuż, to schowane za drzewami. Szwedzka "autostrada dla ubogich" opisana poprzednio, sprawdza się nad podziw, być może także z powodu małej ilości samochodów. Co 500m dwa pasy zamieniają się w jeden, lub odwrotnie. Jesteśmy wszyscy w nadspodziewanie dobrej formie, tak że się wszyscy dosłownie domagają posadzenia ich za kierownicą. Jazdę ułatwia jasność polarnej nocy - ani przez chwilę nie było zupełnie ciemno. Około 4 rano zaczyna lać i pada aż do Kalmaru. Mamy nieco nadrobionego czasu, więc zwiedzamy tutejszy zamek, dokumentując w głowach i kamerach interesujące nas rozwiązania. Ruszamy w ostatni, krótki etap trasy - do promu w Karlskrone. W Karlskrone jesteśmy 14:10, zwiedzamy okolice - na nabrzeżu pomnik obok pomnika i masa armat  Licznik 80 118. Czekamy na odjazd promu ok.20-tej.   Do zobaczenia w Helu

Dzień 9 - poniedziałek

Dojeżdżamy do Rumii o godz. 9:55 KONIEC WYPRAWY !!!
- na liczniku jest 80 145 - czyli nasza trasa wyniosła w sumie 5 285 km.
Teraz w najbliższych dniach będę powyższą relacje redagował i uzupełniał - była pisana na kolanie, w telefonie komórkowym - najczęściej w czasie jazdy - i wiele ciekawych spraw pominęłem. Wymienię także zdjęcia na lepsze technicznie i uzupełnię.
A więc - do zobaczenia! :-)))